Nie można cofnąć czasu. Co się stało, to się nie odstanie, choć czasami bardzo byśmy tego chcieli.
Zbliżają się święta, przez co Matthew Shapiro odczuwa
jeszcze bardziej brak żony. Rok wcześniej, dokładnie w Boże Narodzenie,
zginęła w wypadku drogowym pozostawiając męża i małą córeczkę.
Mężczyźnie do tej pory nie udało się do końca otrząsnąć po tej tragedii.
Poza tym, nawet jeśli poradzi sobie z problemami psychicznymi, to nadal
pozostaną finansowe. W pojedynkę, pracując jako wykładowca, nie było go
stać na mieszkanie w drogiej dzielnicy. Przyjął więc lokatorkę. Ta,
świętując drobny sukces zawodowy, kupiła mu prezent, który może zmienić
jego przyszłość, a nawet naprawić błędy przeszłości..
Nowy laptop Matthew był już wcześniej używany. Jego
poprzednia właścicielka pozostawiła na nim kilka zdjęć z wakacji.
Mężczyzna nie chciał ich tak po prostu skasować. Postanowił napisać do
tej kobiety z pytaniem, czy chciałaby je z powrotem, czy też może on je
spokojnie usunąć. Właścicielką zdjęć była Emma Lovenstein. Sprawiała
wrażenie mniej powściągliwej od Matthew, co na początku go trochę
irytowało, ale pozwolił się wciągnąć w rozmowę z nieznajomą, która
szybko zeszła na zupełnie inne tematy. Dowiedział się, że jego nowa
"przyjaciółka" pracuje jako sommelierka w renomowanej nowojorskiej
restauracji. Mieszkali więc niedaleko.
Obydwoje byli bardzo podekscytowani znajomością. Matthew,
za namową swojej lokatorki, postanowił kuć żelazo puki gorące i jeszcze
tego samego dnia napisał do Emmy z propozycją wspólnego obiadu we
włoskiej restauracji. Ile można siedzieć w domu i rozpamiętywać
przeszłość? Jego rozmówczyni oczywiście zgodziła się. Zawsze miała
tendencję do wiązania się z niewłaściwymi mężczyznami, przez co
niejednokrotnie cierpiała, ale tym razem czuła, że będzie inaczej.
O ustalonej godzinie, we wskazanym miejscu zjawili się i
Emma, i Matthew. Obydwoje czekali na siebie godzinę. Do spotkania
jednak nie doszło. Jak to wyjaśnić?
Czytałam już książkę tego autora pt. "Papierowa
dziewczyna". Była to powieść wciągająca, wywołująca emocje, ale
jednocześnie bardzo delikatna i odprężająca. Oczekiwałam tego samego od
"Jutra" i nie zawiodłam się, choć nie obyło się bez małych zgrzytów.
Czym tak na prawdę jest "Jutro"? Jeśli myśleliście, że zwykłym romansem,
to grubo się mylicie ;)
Nie jestem wielką fanką książek obyczajowych i romansów.
Generalnie, im bardziej historia jest przyziemna, tym większą torturą
jest dla mnie lektura. Od dziecka siedzę w fantastyce (godziny czytania
mi "Opowieści z Narnii" i "Harrego Pottera" przez mamę zrobiły swoje),
dlatego na książki z okładką "Jutra" nie spojrzałabym przychylnie
nigdy... ale znajduje się na niej nazwisko Musso. I to zmienia wszystko.
Co takiego potrafi ten autor?
Pierwsze sto stron sprawia wrażenie do bólu
przewidywalnych. Już zapowiada się, że lektura ta będzie równie
wartościowa co moneta z czekolady, kiedy to nagle wbija w fotel zwrot
akcji, którego na prawdę się nie spodziewałam, i który absolutnie
zmienia spojrzenie na powieść. Co więcej, ten zwrot akcji otwiera
zupełnie nowe możliwości dla obu bohaterów. Związek na odległość jeszcze
nigdy nie był tak tajemniczy i emocjonujący...
Autor pisze w prosty i przyjemny sposób. Kartki śmigały
mi wręcz przed oczami i nawet nie zauważyłam, kiedy przewróciłam tę
ostatnią. Książka ma "to coś", co wciąga czytelnika i pozwala mu oderwać
się na chwilę od prawdziwego świata. Mnie oderwała na dwa dni, bo tyle
zajęła mi lektura ;)
To, co najbardziej podoba mi się w stylu autora, to
opisywanie miejsc, bohaterów i ich emocji w krótki, zwięzły sposób. Nie
ma zabawy w drobiazgi, bo i nie ma na to czasu. Najistotniejszą rzeczą
nie są guziki u płaszcza Emmy. To wszystko autor pozostawia nam. Określa
z grubsza np. wystrój restauracji i bach! - znajduję się w restauracji.
Ta książka ma być lekką lekturą, dobrze więc, że nie przytłacza
obszernymi opisami. Niektórzy mogą poczuć się wystraszeni, bo przecież
jak można stworzyć odpowiedni klimat w ten sposób?! Nie trzeba się
niczego bać, zapewniam ;)
Bohaterowie sprawiają wrażenie trochę mało wyrazistych. W
miarę czytania książki nie dowiadujemy się o nich niczego nowego. Tak,
jak zostali przedstawieni na początku, takich mamy na końcu. Może to
powodować uczucie rozczarowania i wrażenie zmarnowanego potencjału.
Szczerze mówiąc, trochę tak jest. Każdy z nich dostaje lekcję i trochę
zmienia swoje podejście do pewnej sprawy, czy też w ogóle do świata,
jednak jest to raczej wymuszony przez gatunek standard niż cel autora.
Choć postacie zdecydowanie nie są najmocniejszym punktem
tej powieści, to nie przesadzałabym, że nie da się przez nich czytać.
Sposób, w jaki zostali wykreowani nie wywołał u mnie właściwi żadnych
emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych. Z jednej strony zapomnę ich
imiona zaraz po odłożeniu książki na półkę. Z drugiej zaś strony, nic
mnie w nich nie drażniło. Taki urok luźnych czytadeł - tekturowe
sylwetki.
Wracając do fabuły, to ona ma się o wiele lepiej. Książka
zaczyna się od tego, że zostaje nam przedstawiony pewien sielankowy
obraz. Idealna, szczęśliwa rodzina Shapiro: świetny wykładowca, genialny
lekarz i urocza córeczka stanowią jedność, której zazdroszczą wszyscy
dookoła. Wszystko zmienia się, gdy dochodzi do wypadku. W miarę trwania
książki klapki zaczynają opadać i nam, i bohaterowi z oczu. Wątek
miłosny schodził na drugi plan. Stawiano coraz więcej pytań, na których
Matthew nie chciał znać odpowiedzi, bo i nie wiedział, że należało w
ogóle te pytania zadawać. Wszystko, czym żył było kłamstwem? Ile
tajemnic skrywała jego żona? Jakie intrygi pogrzebała przeszłość? I jaką
częścią tej gry stanie się Emma? Życie ich obojga stanie na głowie, a
to wszystko przez ten jeden komputer...
Tempo,
z jakim się czytało, było głównie napędzane przez następne zwroty akcji
i kolejne tajemnice, oraz tropy prowadzące do ich rozwiązania. Zupełnie
nie spodziewałam się, że powieść ta aż tak odbiegnie od ścieżki, którą
podążała na początku. Jednak patrząc na nią z perspektywy czasu, to
muszę przyznać, że była ona raczej przewidywalna. No, może nie cała, ale
zakończenie na pewno. Troszkę rozczarowało mnie też to, że bohaterom, a
właściwie jednemu z nich - młodemu przyjacielowi Emmy, który był akurat
komputerowym geniuszem - trochę zbyt szybko udawało się rozwiązywać
zagadki. Włamać się tu i tam? Żaden problem, daj mi 30 sekund. To taki
wytrych, gra na skróty. Ale z drugiej strony, gdyby bohaterom było
trudno na każdym korku, to:
a) książka z pewnością nie zmieściłaby się w 400 stronach
b) przestałaby być wciągająca i lekka, a zaczęłaby nudzić
tak więc muszę się pogodzić z takim stanem rzeczy, chociaż niezbyt mi to odpowiada.
Podsumowując: "Jutro" jest książką trudną w ocenie. Z
jednej strony: jej bohaterowie są przeciętni i zaraz o nich zapomnę,
zakończenie można przewidzieć, a obecność "genialnego dzieciaka" jest
trochę drogą na skróty. Z drugiej strony: powieść wciągnęła mnie bez
reszty, pozytywnie zaskoczyła (bo zupełnie czego innego się na początku
spodziewałam) i odprężyła swoim prostym językiem oraz brakiem babrania
się w szczegółach. "Jutro" cierpi na typowe problemy lekkich lektur -
jest książką zbyt prostą, żeby mocno odcisnąć się w pamięci, ale o to
przecież chodzi. To niezobowiązująca powieść, po którą sięga się
właśnie dla jej prostoty i schematów. "Miało być lektura na dwa wieczory
i było. Autor proste rzeczy poplącze tak, że przyjemnie i szybko się je
rozwiązuje. Książkę polecam raczej płci pięknej, zwłaszcza jako
wakacyjną/weekendową lekturę. Jestem pewna, że sprawi się świetnie ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz