Bycie dzieckiem, które przeżywa magiczne przygody, ma swoje
plusy i minusy. Z jednej strony widzi się rzeczy, które inne dzieciaki
nie zobaczą w żadnym filmie, ani nie przeczytają w żadnej książce. Coś,
co wykracza poza granice naszego pojmowania.
Ale z drugiej strony, jeśli przygody te okażą się
niebezpieczne, czy ktokolwiek mógłby pomóc? Czy w ogóle ktokolwiek
uwierzy, że coś niezwykłego dzieje się pod jego nosem?!
Nie uwierzyli ani rodzice, ani siostra chłopca, którego
historię poznałam. Nie zauważyli, że samobójcza śmierć ich lokatora
zbudziła starą jak świat, a może nawet jeszcze starszą, magię. Jedynymi
osobami, które pomogły chłopcu choć odrobinę zrozumieć stare tajemnice,
były trzy kobiety mieszkające na końcu wiejskiej drogi. Babka, matka i
córka - trzy pokolenia rodziny, która obdarzona była niezwykłymi
umiejętnościami i pamięcią. Kobiety te dały chłopcu schronienie, gdy
tracił wszystko co kochał.
Gra toczy się o wielką stawę. Chłopiec może bezpowrotnie
stracić dom, rodzinę a nawet życie. Potrzeba dużej wiedzy, odwagi i
sprytu, aby uśpić stare bestie i odesłać je tam, skąd przybyły. W
międzyczasie nasz narrator pozna odpowiedzi na wiele dziwnych pytań:
Czy ocean można zmieścić w wiadrze? Jak starym trzeba być, żeby pamięta
Wielki Wybuch? Czy koty wyrastają z ziemi? Oraz, czy można manipulować
pamięcią przy użyciu zwykłych nożyczek i nici?
Znasz odpowiedzi?
"Ocean na końcu drogi" ma narrację pierwszoosobową. Imienia naszego narratora jednak nie znam i nie poznam. Nie wiem też masy innych rzeczy, bo w powieści można znaleźć odpowiedzi na (może) 20% pytań. Przez pierwsze... pół książki nie ma się zielonego pojęcia, co się dzieje. Jak? Dlaczego? Kto? Skąd? W jakim celu? itp. itd. Może
to wyprowadzać w równowagi, ale z drugiej strony, tworzy się w okół
powieści niezwykła, tajemnicza aura, która wciąga czytelnika coraz
bardziej, mimo początkowego poirytowania.
Bohaterów na pewno zbyt dobrze nie poznacie, bo po
prostu nie da się tego zrobić w przeciągu dwustu stron. Ich zachowania i
emocje są... zwyczajne. Jak w przeciętnej rodzinie, znaleźć możemy:
łagodną i nieco nadopiekuńczą matkę, trochę zbyt porywczego ojca,
irytującą i wykorzystującą swoją przewagę starszą siostrę oraz
najmłodszego w rodzinie chłopca, który czas spędza na szwendaniu się po
okolicy i czytając książki przygodowe. Gdy świat naszego narratora
odwraca się do góry nogami, wszystko przestaje być oczywiste. Wtedy też poznajemy drugą rodzinę - rodzinę Hempstock - której zachowania i emocje nie są absolutnie zwyczajne.
Chłopiec musi uczyć się wszystkiego w biegu, a my razem z nim. Nie ma
czasu na tłumaczenia, bo jeśliby zacząć tłumaczyć od początku, to trzeba
by się było cofnąć do czasów, gdy ziemia była jeszcze w powijakach.
Nasz bohater przeżywa więc przygodę, którą można porównać do jazdy na
rowerze na ślepo... bez trzymanki... po autostradzie.
Z początku może się wydawać, że jest to książka dla
dzieci. Nie jest zbyt obszerna, napisana prostym językiem a głównym
bohaterem jest mały chłopiec, który przeżywa najdziwniejsze chwile swojego życia. Teraz wiem, że młodsi nie mają tu czego szukać. To trochę zbyt ciężka książka. Niełatwo się w nią na początku wgryźć. Jest mroczna i niektóre opisy nie nadają się dla dzieci. Nie powiedziałabym jednak, że to pozycja dla dorosłych. Spokojnie mogą po nią sięgnąć osoby mające "naście" lat. Chodzi mi raczej o to, że to kiepski wybór jako bajka na dobranoc dla małego dziecka, bo powieść ta na pewno jest trudniejsza w odbiorze niż np. "Koralina" tego samego autora.
"Ocean..." bez wątpienia jest książką magiczną, ale nie dorównuje takim "Amerykańskim bogom" (recenzja) czy "Chłopakom Anansiego" (recenzja), gdzie na prawdę można poznać styl i geniusz Gaimana. Recenzowana
przeze mnie powieść jest po prostu zbyt krótka, aby autor mógł się w
pełni wykazać. Nie mówię jednak, że jest to zła książka i porażka
autora. Można w niej wyczuć Gaimanowskie pióro, zwłaszcza jeśli
wcześniej czytało się "Gwiezdny pył". W moim prywatnym rankingu "Ocean..." plasuje się mniej więcej po środku.
Powieść ta skłania do refleksji. Przede wszystkim
pokazuje, jak ważne jest poświęcenie i zaufanie. Pokazuje też, że
gdybyśmy zawsze dostawali to, czego chcemy, nikomu nie wyszło by to na
dobre. Historia chłopca (którego imienia nie znam) uświadomiła mi,
iż czasem jedynym prawdziwym spojrzeniem na świat, jest spojrzenie
dziecka. Ufnego, wrażliwego, ale upartego. Nie wolno zatracić w sobie
tej wrażliwości, bo nie dostrzeżemy całej magii, która i nas otacza :)
Podsumowując: Notka ta nie jest zbyt długa, bo i
nie ma zbyt wiele do napisania. To dobra książka, która pozostawia po
sobie mnóstwo pytań i mętlik w głowie, ale też skłania do przemyśleń. Z
pozoru banalna opowiastka, ma w sobie głębsze przesłanie. Na początku
czyta się ciężko przez masę zalewających czytelnika pytań, na których
znikąd odpowiedzi, ale w miarę lektury, przestają one przeszkadzać a
zaczynają tworzyć niepowtarzalny, tajemniczy klimat. Polecam miłośnikom
fantastyki i osobom, które chcą przeżyć coś magicznego i mrocznego w te
wakacje. Zaznaczam jednak, że jest to książka, przynajmniej według mnie,
najniżej od dwunastego roku życia. Młodsze dzieci mogą się nią szybko
znudzić albo zwyczajnie nie zrozumieć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz