Dziewczyna
budzi się w sterylnym, jasnym pokoju. Nie wie, gdzie jest i jak się tam
znalazła, podobnie jak nie zna swojego imienia ani odbicia w lustrze...
Wszystko wydaje jej się obce i niebezpieczne.
Odwiedza ją Kobieta,
która wciąż mówi do niej "skarbeczku". Powiedziała dziewczynie, że
nazywa się Julia Stefaniak, a ona - Zofia Morulska - jest jej lekarzem,
który pomoże jej odzyskać pamięć. Julia cudem przeżyła pożar. Jej
rodzice nie mieli już tyle szczęścia a z domu nie pozostał kamień na
kamieniu. Jako pacjentka z ciężkimi obrażeniami i nie posiadająca żadnej
innej rodziny, dziewczyna trafiła do prywatnego ośrodka "Druga Szansa",
który pomaga osobom takim jak ona wrócić na nogi.
Na początku Julia nie
opuszczała swojego pokoju. Dostawała posiłki trzy razy dziennie i
musiała łykać leki, po których od razu robiła się senna i "przymulona".
Później odważyła się spacerować po korytarzach i ogrodzie, jeść w
stołówce oraz obserwować zachowanie innych pacjentów. Jedni byli
zupełnie nieszkodliwi. Inni napełniali ją strachem, jak na przykład
Magdalena - jej sąsiadka - która wykrzykiwała o śmierci, spiskach i
naiwności innych mieszkańców szpitala. A to przecież bzdury. Dlaczego
pani Morulska miałaby robić jej krzywdę? Przecież jest tu po to, żeby
jej pomóc. Żeby pomóc wszystkim. Prawda?
W miarę trwania terapii
Julia dowiaduje się coraz więcej o sobie. Nic nie potrafi sobie jednak
przypomnieć. Ma wręcz wrażenie, że informacje podane jej przez Zofię
"nie trzymają się kupy". Rozmowy z innymi pacjentami, w tym z
niepokornym Adamem (który trafił do Drugiej Szansy wcześniej niż
dziewczyna i zdążył już przysporzyć Morulskiej wiele kłopotów),
napełniają ją niepokojem. Teorie spiskowe krążące po ośrodku raz wydają
się mieć sens, a innym razem nie, podobnie jak słowa psychiatry. Prawda
i kłamstwa przeplatają się i Julia nie wie już, komu wierzyć.
Może to wina leków?
Może Julia ma poważniejsze problemy niż sądziła? A może wszystko co
mówią Zofia i sanitariusze to kłamstwa i najmniej szalona jest tam
Magdalena? Julia sama nie wie, co jest gorsze, a czas ucieka i z każdym
dniem granice zacierają się coraz bardziej...
Katarzyna Berenika Miszczuk to polska pisarka, której seria o diablicy Wiktorii zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Trylogia ta była pełna humory, miłości i ciekawych bohaterów. Zupełnie luźne książki na słoneczne popołudnie. Bałam się jak, autorka ta wypadnie w powieści mrocznej, z dreszczykiem i szaloną bohaterką w roli głównej. Ale co tam... do odważnych świat należy! Sięgnęłam i nie żałuję. Książka jak dla mnie fenomenalna i warta każdej złotówki!
Początek był trochę
schematyczny. Młoda, dwudziestodwuletnia dziewczyna jest sama, jej
rodzina zginęła w wypadku, nie ma domu, i jedyne co czuje to gniew i
strach. Gdzieś to już było, prawda...? Sądziłam, że nie zapowiada się na
nic specjalnego. Myliłam się. Po około pięćdziesięciu stronach byłam już trochę zaintrygowana i moje początkowe rozczarowanie odrobinę się rozeszło. Po stu stronach książka wciągnęła mnie bez reszty i wiedziałam, że choćby się waliło i paliło, to muszę ją dokończyć.
Ostatecznie lektura zajęła mi, mniej więcej, półtora dnia. To było
bardzo przyjemne półtora dnia. Troszkę przerażające ale przyjemne.
Dlaczego?
Zacznijmy od
mistrzowskiej, według mnie, fabuły. Ma właściwie wszystko to, co powinna
zawierać dobra książka. Jeden wątek główny, dopracowany i przemyślany ze wszystkimi szczegółami, i niewiele wątków pobocznych, nie przesłaniających głównego a dodatkowo rozkręcających go i bardziej angażujących czytelnika.
Jak można się spodziewać, jednym z nich jest wątek miłosny. Ale o tym
wspomnę później. Teraz chcę zwrócić Waszą uwagę, że w książce raczej
młodzieżowej występuje wątek miłosny i nie jest on nachalny, nie
wychodzi na pierwszy plan a mimo to angażuje odbiorcę. Pani Miszczuk, ma
Pani talent! ;) Książka nafaszerowana jest też wieloma, na prawdę nieoczekiwanymi zwrotami akcji.
Zdarzyło się kilka razy, że przewidziałam co się za chwile wydarzy i
już miałam autorce za złe, że poszła na łatwiznę, kiedy to nagle wszytko
obracało się o 180 stopni.
Wracając już do bohaterów i relacji między nimi, to tutaj też wątpię, żebyście się rozczarowali. Na początku Julia wydawała mi się typową bohaterką młodzieżówki, znajdującą się w trudnej sytuacji.
Piękna dziewczyna, której rodzina nie żyje, nie ma domu, potrafi tylko
krzyczeć, płakać i chować się w kącie. Patos można by wiadrami wylewać.
Tak mi się przynajmniej wydawało. Do momentu, kiedy autorka zaczęła robić swoje szacher-macher i wszystko przestało być oczywiste. Wtedy i ja miałam ochotę krzyczeć, bo kiedy już myślałam, że zgadłam co się dzieje, wszystko wracało do punktu wyjścia. Bohaterka
po kilku rozdziałach przestała siedzieć bezczynnie. Zaczęła się
dopytywać, szukać dowodów, zaprzyjaźniać z innymi. Szybko przeszła z
defensywy do ofensywy. Nawet na zaczepki Adama odpowiadała pewnie, mimo iż na początku trochę się go bała.
Wątek miłosny między
Julią a, jak możecie się domyślić, bo trudno zrobić z tego spojler...,
niepokornym Adamem też wydawał mi się w pierwszej chwili wymuszony przez
ogólny regulamin książek młodzieżowych. Bo przecież zagubiona dziewczyna musi się zakochać w buntowniku i niegrzecznym chłopcu. Przez tę książkową "stałą" Adam był na początku trochę irytujący i przerysowany. Wątpiłam, że go kiedyś polubię. Szybko
jednak zmieniłam o nim zdanie. Był on równie zagubiony co Julia i
relacja między nimi budowała się głównie na zaufaniu i wspieraniu siebie
nawzajem, gdy dookoła działy się dziwne rzeczy. Bo w trudnych chwilach, zwłaszcza w ośrodku zamkniętym, warto mieć kogoś po swojej stronie.
Książka ma na prawdę spory ładunek emocji. Zmieniały się one jak w kalejdoskopie.
Wpierw byłam zła, następnie szczęśliwa, potem zagubiona, w końcu smutna
aż doszło do wzruszeń. Najsilniejsze, co mi jednak towarzyszyło, to
strach. "Druga Szansa" potrafiła czasem bardziej mnie przerazić niż niejedna książka, na której okładce widniał napis "horror",
choć nie wywoływała ona (ta książka, nie okładka ;) ) nawet dreszczy.
Tutaj było coś więcej niż dreszcze. Czułam wewnętrzny niepokój. Czasami
przerywałam lekturę, żeby sobie w duchu powiedzieć: "O kurde...!". Można
mieć po tej lekturze małe problemy z zaśnięciem. Może starzy wyjadacze
powieści grozy nie spadną z krzesła, ale mi po plecach przechodziły
ciary. A im więcej tajemnic i pytań było niewyjaśnionych, tym powieść
robiła się bardziej wciągająca i akcja zaczynała przyśpieszać podobnie
jak moje tętno.
Choć post ten zrobił się już trochę przydługi, to nie potrafię sobie odmówić napisania jeszcze o oprawie graficznej. Okładka
jak dla mnie intrygująca. Zwróciła moją uwagę w księgarni. Jednak
prawdziwe cudeńka kryją się w środku. Ilustracji jest niewiele, ale są
na prawdę starannie wykonane. Świetnie wpasowują się w klimat powieści.
Są w odcieniach szarości, realistyczne i bardzo szczegółowe. Co ciekawe, ich twórca - Dominik Broniek
- zajął się również ilustracjami do "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu",
którą niedawno czytałam, i w której recenzji również umieściłam stosowny
komentarz na temat tego pana. Z całą pewnością zapamiętam sobie jego
nazwisko na przyszłość, bo coś czuję, że jeszcze nie raz o nim usłyszę
(albo przeczytam). :)
Podsumowując: Na pewno
znajdą się ludzie, którzy wytkną zaraz błędy tej książki i stwierdzą, że
nie jest ona wcale taka dobra. Ja osobiście mam z nią tylko jeden
problem. Za szybko się skończyła :) Od dawna nie czytałam powieści,
która pochłonęłaby mnie bez reszty i wzbudziła tyle skrajnych emocji.
Nie jest to oczywiście wybitne dzieło, nie oszukujmy się. To książka
głównie skierowana do młodzieży, raczej płci żeńskiej, która ma wywołać
dreszcze i lekki mętlik w głowie. Ocenię ją jednak wysoko, bo zrobiła
to, co miała zrobić w 100 %. Dostarczyła mi rozrywkę, nie pozwoliła się
oderwać, wywołała coś więcej niż dreszcze i zapadła głęboko w pamięć.
Czego chcieć więcej, zwłaszcza w leniwe wakacyjne popołudnie? Polecam
głównie grupie docelowej, ale też innym czytelnikom, którzy poczuli się
zaintrygowani. Ja nie żałuję i mam szczerą nadzieję, że i Wy nie
będziecie :)
Test2
OdpowiedzUsuń